Tanzania

Tanzania

Gdy marzyłam o Czarnej Afryce na myśl przychodziły mi słowa Karen Blixen „ miałam farmę w Afryce u stóp gór Ngong ”. Zazdrościłam jej. Ta książka, a później film, przez lata kształtowały moje romantyczne wyobrażenie o czarnym lądzie. Choć akcja rozgrywała się w Kenii, w Tanzanii dość szybko odnalazłam ducha Afryki z kart książki. Gdy późnym listopadowym wieczorem wylądowaliśmy na lotnisku Kilimanjaro w pobliżu Arushy przywitał nas zapach parującej ziemi, która przez ostatnie dni przyjęła zbyt dużo deszczu - zapach czerwonej ziemi, który zawisł w ciepłym powietrzu. Koniec roku w tej części kontynentu to trwająca dwa miesiące krótka pora deszczowa. Deszcze nie są tak uciążliwe i obfite, jak podczas długiej pory deszczowej trwającej od kwietnia do końca czerwca. Zwierzęta wracają na zielone pastwiska, które burzą stereotypowe wyobrażenie wypalonej słońcem Afryki. Karmiona widokami tonącej w kurzu sawanny i majaczącymi na horyzoncie samotnymi drzewami akacji, odwiedzając Afrykę po raz pierwszy, poczułam rozczarowanie wszechotaczającą mnie zielenią. Tylko przez chwilę…. Przecież ta zieleń tak czysta i intensywna wabiła zwierzęta, dla których przylecieliśmy tysiące kilometrów! To wszystko na nas czekało, a my musieliśmy odstać dłuższą chwilę w kolejce po wizę, aby rozpocząć naszą przygodę. Zarówno lotnisko w Kilimanjaro, jak i w Dar es Salaam sprawia przygnębiające wrażenie. Niewielka hala, kilka okienek z obsługą wizową, przy których składasz paszport, płacisz 50 dolarów, następnie z paszportem podchodzisz do bramki, przy której urzędnik pobiera odciski palców, robi zdjęcie, wkleja wizę i życzy miłego pobytu. Przechodząc do drugiego holu zdziwiłam się widząc nasze bagaże rozstawione przy otwartym wyjściu z lotniska. Praktycznie każdy mógł je wynieś poza teren hali .

Na parkingu czekał Eric, który był naszym przewodnikiem podczas pobytu w kontynentalnej części Tanzanii. Zabrał nas z lotniska do Lake Duluti Serena Lodge w pobliżu Arushy. Nie mogąc doczekać się „mojej wielkiej przygody” chciwie wypatrywałam przez okno busa krajobrazów wyłaniających się w ciemności. Wzdłuż asfaltowej drogi od czasu do czasu mijaliśmy pojawiających się znikąd ludzi, wracających do domów, których szukałam w mroku. Gdy dotarliśmy do hotelu, cała obsługa czekała na nas niemalże na baczność. Nasza grupa liczyła 10 osób, a wokół nas kręciło się chyba z dwudziestu pracowników. Jest to typowe dla hoteli 4 i 5 gwiazdkowych, w których pracuje rzesza ludzi, dbająca o komfort gości. Zanim się spostrzegłam, ktoś chwycił mój bagaż, ktoś inny otwierał już drzwi. Ci ludzie żyją z napiwków. Z napiwków żyją ich rodziny i nie tylko te najbliższe.

Po „zbyt europejskiej” kolacji odprowadzono nas do niewielkich domków urządzonych w kolonialnym stylu. Tę noc spędziłam w potężnym łóżku z romantycznie rozsypanymi na pościeli płatkami róż i rozwieszoną moskitierą. Przy kasetonowym oknie stało ogromne biurko, a ja zamarzyłam o maszynie do pisania. Przez chwilę poczułam się tak, jakbym przeniosła się w czasie. Oczami wyobraźni widziałam siebie osadzoną w latach dwudziestych minionego wieku i piszącą listy z Afryki do głodnych tych egzotycznych historii krewnych z Europy. Serene Lodge charakteryzuje subtelny romantyzm i wyobrażenie białego człowieka o Afryce epoki kolonializmu…..

SAFARI

Na safari wyruszyliśmy po świcie w towarzystwie trzech przewodników. Kolejne cztery dni spędziliśmy w terenówkach toyoty, które mimo „swoich lat” wciąż świetnie sobie radziły zarówno w błocie , jak i w sypkim piasku. Zanim jednak dojechaliśmy do Parku Narodowego Tarangire musieliśmy przebić się przez ruchliwe ulice Arushy. W Tanzanii panuje ruch lewostronny, ale czasami nie miało to znaczenia…. Zdarzyło się, że na dwóch pasach trzy samochody jechały w tym samym kierunku, po to żeby za chwilę zajechać sobie wzajemnie drogę i przepuścić nadjeżdżającą z naprzeciwka ciężarówkę. Pomiędzy tymi wozami zręcznie manewrowali kierowcy skuterów i motocykli. Nawet stojący na ulicy policjant, wydawał się bezradnie machającą rękoma pacynką, na którą uwagę zwrócili tylko turyści.

Kierowca krzyknął: zamknąć okna i po chwili zrozumieliśmy dlaczego wydał nam taki nakaz. Na skrzyżowaniu ulic, gdy musieliśmy czekać na zielone światło, w mgnieniu oka przy samochodzie pojawiła się spora grupa ulicznych sprzedawców. Wszyscy w wyciągniętych dłoniach prezentowali swoje produkty. Były to owoce mango, banany czy kukurydza. Niektórzy z nich pukali by otworzyć okna, inni próbowali wspiąć się na samochód, aby nawiązać jakiś kontakt przez lukę pomiędzy podniesionym dachem, a ścianą wozu. Zwiesiłam głowę. W takich momentach czuję się okropnie, jakbym to ja była odpowiedzialna za całą niesprawiedliwość świata. Kobiety siedzą całymi dniami wzdłuż zakurzonej drogi z rozłożonymi na chustach owocami, licząc, że uda im się zarobić kilka dolarów.

Zanim dojechaliśmy do Parku Tarangire mijaliśmy wioski Masajów, które są dla osoby nigdy wcześniej nie odwiedzającej Afryki stereotypowym wyobrażeniem budownictwa tego kontynentu. Manyatty, bo o nich mowa budowane są na szkielecie z gałęzi, oblepione błotem i gliną wymieszaną z krowim łajnem, moczem, popiołem i trawą. Domy mają kształt koła lub elipsy i budowane są przez kobiety. Dach kryty jest suchą trawą. Chaty najczęściej ustawia się w okręgu otaczając tym samym znajdującą się w środku zagrodę ze zwierzętami. Całość osiedla ogradza się prowizorycznym płotem ze szczelnie przeplecionych gałęzi akacji. Dzięki ich kolcom, płoty akacjowe stały się naturalnym murem ochronnym przed drapieżnikami. W języku Maa taka osada nazywana jest Boma. Od czasu do czasu mijaliśmy domy pokryte blachą lub prawie całkowicie zrobione z blachy, wciąż o tradycyjnym kształcie, ale budowane z łatwo dostępnych materiałów. Co kilka kilometrów pod drzewami siedzieli w cieniu mali chłopcy, którym powierzono odpowiedzialne zadanie wypasu stada. Dzieci jednak zajęte były zabawą lub przyjaznym machaniem do przejeżdżających w terenówkach turystów, nie zwracając zbytniej uwagi na oddalające się bydło.

TARANGIRE

Przyjeżdżając do Tarangire przekroczyliśmy wysoką bramę powitalną, a w prowizorycznym budynku przewodnicy zajęli się formalnościami i uiszczeniem opłat za wstęp. Był to czas dla turystów, aby w pobliskim sklepie z pamiątkami mogli kupić drobiazgi, lub za dolara zrobić sobie zdjęcie z pojawiającą się znikąd Masajką. Pod wielkim baobabem rozłożone były czaszki zwierząt, przy których ustawiła się kolejka czekających na zrobienie sobie zdjęcia ze spłowiałym od słońca trofeum. To nasz pierwszy dzień na safari, dla wielu pierwszy raz w Afryce. Oczekiwaliśmy krajobrazów rodem z kanału Nat Geo Wild. Już w dwie minuty od bramek natrafiliśmy na rajski widok żyjących w zgodzie ze sobą zwierząt. W cieniu baobabów pasły się guźce, impale, i pojedyncze sztuki gnu, a pomiędzy nimi przechadzały się zebry. Brakuje mi tylko w tym idyllicznym pejzażu leniwie rozłożonego lwa, który jak w bajce dla dzieci pokojowo zarządza swoim królestwem. Ktoś krzyknął: po lewej żyrafa! Spójrzcie na drogę przed nami! Słonica z młodym! I tak już przez cały dzień. Park Tarangire został założony w 1970 roku i jest uznawany za park, w którym w czasie pór deszczowych przebywa największa liczba słoni na kilometr kwadratowy w porównaniu z innymi parkami w Afryce Wschodniej. Rzeczywiście widzieliśmy wiele grup słoni przechadzających się wśród krzewów, bawiących się w wodzie, spokojnie żerujących się w cieniu drzew, czy maruderów spowalniających nas w czasie podróży i blokujących drogę… Słoni było tak dużo, że jeden z turystów zaczął narzekać, aby przewodnik zabrał nas w miejsce, gdzie można spotkać inne zwierzęta. I udało się. Pod drzewem leniwie wypoczywał młody lew, który za nic miał stojące w linii auta. Ziewnął kilka razy, po czym osunął się na ziemię i uciął sobie drzemkę.

Lunche podczas safari przygotowywali przewodnicy. Zawsze spożywaliśmy obfite posiłki, które składały się z mięsa, placków kukurydzianych, bułek, soczystych pomidorów, gotowanych jajek, a na deser świeżych owoców mango, ananasów, papai i bananów. Przyjemnym zaskoczeniem była kawa zaparzona w dzbanku oraz mocna czarna herbata. Jednak największą atrakcją pikniku były zwierzęta, które przyzwyczajone obecnością ludzi, podchodziły do ław i tylko czekały na chwilę nieuwagi, aby uszczknąć kąsek. Wszędobylskie małpy vervet były na tyle sprytne by wskoczyć na stół, zrobić zamieszanie i ukraść mango z talerza. Nasi przewodnicy byli przygotowani na tego typu ataki i co jakiś czas strzelali z proc do małp, aby je przepędzić. Po posiłku tradycyjnie wypijaliśmy whisky, aby zapobiec żołądkowym niespodziankom….

NGORONGORO

Park Ngorongoro to obowiązkowy punkt na mapie safari w Tanzanii. Swoją nazwę wziął od krateru, a właściwie dużej wulkanicznej kaldery mieszczącej się w obrębie parku. Zaczęliśmy naszą podróż jeszcze o zmroku, aby przywitać wschód słońca w parku. Zbocza krateru porośnięte są gęstą roślinnością, wśród której wypasały się bawoły. Pamiętając, że bawoły wraz z hipopotamami są najbardziej agresywnymi zwierzętami, byłam nieco zdenerwowana gdy nasz samochód zatrzymywał się o dwa, trzy metry od wypasających się przy drodze zwierząt. Kierowca pędził jak szalony po wąskiej piaszczystej drodze wyciętej w gęstym lesie, gdzie praktycznie za każdym zakrętem mógł zderzyć się z bawołem. To była szalona jazda, abyśmy mogli ze szczytu zobaczyć wnętrze krateru jeszcze przed świtem. Przy jednym z tarasów widokowych wyskoczyliśmy na pamiątkowe zdjęcie. Przywitał nas przeszywający chłód. Niebo przecinały różowe smugi przebijających się promieni słońca. W oddali widzieliśmy osady Masajów. Tam dzień się już rozpoczął.

Zjeżdżając na dno krateru zatrzymaliśmy się w mniej romantycznym miejscu, w punkcie turystycznym, aby skorzystać z toalety. W parkach narodowych nie należy rezygnować z wizyt w takich miejscach, gdyż później możemy z nich nie skorzystać przez wiele godzin. Na terenie parków i rezerwatów obowiązuje zakaz opuszczania samochodów. Pod żadnym pozorem nie wolno wyjść z auta i chociażby spacerować drogą, nie mówiąc o zbliżaniu się do zwierząt. Zwierzęta są przyzwyczajone do obecności ludzi, ale ze względów bezpieczeństwa i w szczególności po to, by nie zaburzać ich naturalnego strachu przed człowiekiem, należy zachować dystans. Zresztą park jest kontrolowany przez rangers, czyli odpowiednik polskiej służby leśnej i obserwują oni przez lornetki, czy któryś z przewodników nie łamie przepisów. Mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze, kiedy podjechał do nas wóz patrolowy i zarzucił naszemu kierowcy, że jeździł poza wytyczonymi szlakami. Niestety, w tym przypadku rangersi próbowali wymusić łapówkę, ale przewodnik sobie poradził. Takie przykre incydenty się zdarzają.

Park jest przepiękną doliną otoczoną postrzępionymi zboczami dawnego wulkanu. Przestrzeń jest niczym nie zmącona i ma się wrażenie, że ziemia jest wyrównana przez walec. Trawa była wyjątkowo zielona, więc pastwiska kojarzyły się nam bardziej z polskimi łąkami niż afrykańską sawanną. Z każdej strony otoczeni byliśmy przez małe stada kopytnych. Impale, gazele i gnu pasły się spokojnie przy drogach ignorując wychylających się z aut fotografów. Zebry powoli schodziły z drogi, a guźce truchtały w kierunku jazdy, jakby ścigały się z samochodem. Gdzieniegdzie było widać wylegujące się wśród traw hieny. Jednym z punktów na trasie jest jezioro, będące wodopojem dla zwierząt żyjących we wnętrzu krateru. Mimo iż dzień nie był upalny, hipopotamy okupowały jezioro już od rana, odstraszając pomrukami zbliżające się do wody zwierzęta. Przez poprzednie dni czułam niedosyt nie widząc ogromnych stad kopytnych przemieszczających się przez równiny. Wszędzie widzieliśmy pojedyncze okazy lub małe grupy zwierząt. Pragnęłam zobaczyć wijący się sznur tysięcy kopytnych, wzniecających tumany kurzu i pomrukujących w drodze do wodopoju. I to marzenie ziściło się właśnie w Ngorongoro. Ogromne stado ponad tysiąca bawołów dostrzegliśmy i usłyszeliśmy już z oddali. Kierowca podjechał bliżej jeziora, dzięki temu mogliśmy usłyszeć miarowy tętent kopyt. Zwierzęta w równym marszu szły do wody eskortowane przez największe byki. Jak ochroniarze kroczyli po zewnętrznych stronach kolumny, co raz rozglądając się na boki, odchylając do tyłu łby i rozszerzając nozdrza, wytykając języki szukały w powietrzu zapachu, który sygnalizowałby czające się w zaroślach drapieżniki. Podczas gdy osobniki z wnętrza kolumny podchodziły spokojnie do tafli wody, ochroniarze czujnie rozglądali się dookoła.

Przewodnicy z różnych biur często ze sobą współpracują. Porozumiewają się za pomocą radia i informują, gdzie można spotkać zwierzęta w danym momencie. Nasz przewodnik otrzymał informację o polowaniu lwów. Nie byliśmy świadkami tego dramatycznego wydarzenia, ale mieliśmy za to przyjemność przyjrzeć się z bliska spacerującemu po drodze samcowi lwa, który to podszedł do jednego z aut i naznaczył je moczem, jakby chciał powiedzieć, jesteście na moim terytorium, po czym przeszedł wzdłuż naszego auta, aby zniknąć za kolejnymi wozami. W oddali widzieliśmy lwice, które mogły po odejściu samca w końcu zaspokoić głód. Po kilkunastu minutach dominująca samica postanowiła przeprowadzić stado przez kordon samochodów. Ruszyła pierwsza, położyła się na drodze pomiędzy samochodami, ryknęła jakby wołała: droga wolna, można iść! W odpowiedzi na jej ryknięcie z zarośli zaczęły wyłaniać się jeden po drugim młode lwy. W sumie przez drogę przeszło 8 lwów. Królowa w pełni świadoma swojej wielkości nie odeszła w zarośla wraz z resztą stada. Obeszła kilka stojących aut i ku naszej radości położyła się w cieniu naszej toyoty. Wszyscy mieliśmy odsunięte szyby, jeden nieostrożny ruch i ktoś mógłby zostać zaatakowany. Kierowca zabronił nam zamykać okna, aby nie wywoływać poruszenia, więc siedzieliśmy w ciszy , robiąc sobie selfie z odpoczywającą lwicą. Zwierzę całe pokryte było kleszczami. Muchy atakowały jej pysk, zwłaszcza pokrytą jeszcze krwią brodę i okolice oczu. Po kilku minutach, lwica uznała, że show należy zakończyć i odeszła za grupą w zarośla.

Opuszczając park, na drodze napotkaliśmy małego lwa, który prawdopodobnie wyszedł z kryjówki w poszukiwaniu matki. Malec wydawał przeraźliwe dzięki, nawołując matkę. Kręcił się nieporadnie na ścieżce jakby bał się wejść w zarośla. Co ciekawe, wydawał się nas nie zauważać. Rozglądał się błędnym wzrokiem wypatrując znajomego widoku. Wszystkich nas rozczulił ten malec, który wyglądał jak niepozorna duża maskotka.

PARK JEZIORO MANYARA

Jezioro Manyara to jeden z tych parków, w którym zwierzęta obserwują ludzi, a nie odwrotnie. Swym obszarem obejmuje busz, sawannę i jezioro Manyara, które wraz z porą roku zmienia swoją wielkość. Ogromna część parku to busz, w którym niestety dla ludzi, trudno wypatrzeć zwierzynę. Ta kryje się w zaroślach, i wcale nie ma zamiaru spokojnie pozować do zdjęć. W parku tym żyje wiele gatunków ptaków, małp jak pawiany, czy chyba największa atrakcja wśród małp – blue ball monkey, czyli małpy z niebieskimi jądrami. Celem naszej podróży była jednak specyficzna grupa lwów, która przystosowała się do życia na drzewach. Widziałam w katalogach zdjęcia odpoczywających na gałęziach w dziwacznych pozach kotów i sama marzyłam o zrobieniu takiego zdjęcia. Niestety, mieliśmy mniej szczęścia, gdyż tego dnia nie zobaczyliśmy ani jednego kota. Za to tradycyjnie u wodopoju natknęliśmy się na zebry, antylopy gnu i impale. Na błotnistych łąkach pasł się samotny ogromny hipopotam, a w pobliżu grupa sępów wydzierała sobie resztki pozostałe po zebrze. Ostatnim przystankiem w rezerwacie było same jezioro. Znane jest ono z ogromnych stad flamingów żerujących w pobliżu gorących źródeł, z których woda zasila jezioro. Dzięki nim, w jeziorze rozwijają się algi, które przyciągają tysiące ptaków. W okresie lęgowym, teren ten zamieszkuje ponad milion flamingów.

Jako, że byliśmy w okresie trwania krótkiej pory deszczowej, doświadczyliśmy typowej dla tego czasu nagłej zmiany pogody. Słoneczny dzień na chwilę przerwała ulewa. Niebo pociemniało, sprawiając , że na jego tle jezioro wydawało się być jeszcze bardziej srebrzyste, a wzbijające się w powietrzu różowe flamingi wyglądały jak konfetti zaprzeczające grawitacji.

Wycieczki po parkach narodowych Tanzanii są niesamowitym przeżyciem. Można przez chwilę stać się częścią tego raju. Zauważalna była granica oddzielająca świat rezerwatów od świata cywilizacji. Za każdym razem wracając do hotelu odczuwaliśmy coś na kształt smutku, że po raz kolejny opuszczamy oazę i wracamy do świata ludzi, a przecież odpoczywaliśmy w luksusowych ośrodkach, które dla niektórych też się jawiły jako bajkowe miejsca.

POLSKI CMENTARZ W POBLIŻU TENGERU

Zanim opuściliśmy Tanzanię kontynentalną odwiedziliśmy cmentarz polskich uchodźców, którzy w czasach wojennej zawieruchy dotarli z Syberii przez Kazachstan i Iran do Wschodniej Afryki. Brytyjczycy utworzyli w okolicy Tengeru, niedaleko od Arushy obóz dla uchodźców z Europy Wschodniej, głównie Polaków, Litwinów i Ukraińców, którzy mieli w nim znaleźć czasowe schronienie, a po zakończeniu wojny, wrócić do swoich krajów. Niestety, dla wielu z nich Tengeru okazało się ostatnim przystankiem. Większość z pochowanych na cmentarzu ludzi zmarła na malarię i inne choroby tropikalne. Cmentarz jest zachowany w dobrym stanie, gdyż opiekuje się nim tanzańska rodzina i dotowany jest przez Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Był to dla nas nostalgiczny moment, pełen wzruszeń. Tego samego dnia pożegnaliśmy się z naszym wspaniałym przewodnikiem Erickiem i odlecieliśmy z lotniska Kilimanjaro na Zanzibar. Podróż trwała niecałe 50 minut. Należy uzbroić się w cierpliwość w przypadku lokalnych lotów, gdyż rozkład lotów niespodziewanie może się zmienić. Nasz samolot miał ponad godzinne opóźnienie, a na lotnisku regularnie co kilka minut wyłączano prąd.

ZANZIBAR

bty

Na szczęście nasz kierowca z agencji turystycznej czekał na nas na lotnisku w Zanzibar Town i zabrał nas do oddalonego o godzinę jazdy samochodem hotelu Dream of Zanzibar w miejscowości Kiwengwa w północno-wschodniej części wyspy. Jest to ośrodek pięciogwiazdkowy, ale uczciwie dałabym tylko cztery gwiazdki. Jak w każdym hotelu o wysokim standardzie pokoje miały romantyczny charakter. Meble w stylu kolonialnym z drewna stylizowanego na heban, łoże z moskitierą, głębokie fotele… Cały kompleks jest doskonale zadbany i sam w sobie może być atrakcją godną zwiedzenia. Położony jest tuż przy plaży i posiada kilka restauracji na powietrzu, także przy plaży. Można skosztować kuchni z różnych zakątków świata: indyjskiej, azjatyckiej, afrykańskiej, lokalnej kuchni Zanzibaru, a także europejskiej – włoskiej i francuskiej , jak na takie miejsce przystało. Tu wolno mija czas i celem takich ośrodków jest rozpieszczanie gości. Niestety ja długo nie wytrzymam w błogim nic nierobieniu, dlatego z drugą osobą opuściłyśmy plażę należącą do „naszego” hotelu i udałyśmy się na spacer. Już po chwili dobiegło do nas kilku lokalnych, którzy usilnie próbowali nam sprzedać ozdoby. Później przez dłuższy czas towarzyszyła nam kobieta, która pozostawiła na plaży leżące na chuście małe dziecko i także próbowała nas namówić na zakup souvenirów. Kiedy i jej odmówiliśmy, podbiegli kolejni…. Straciłyśmy ochotę na spacer. W Afryce należy się uodpornić na wszechobecnych sprzedawców. Chcą sprzedać wszystko i wszędzie. Potrafią się pojawić znikąd. W mgnieniu oka otoczony jesteś gromadą dzieci, które wcale grzecznie nie czekają na cukierka, tylko wkładają ci dłonie do kieszeni, próbują otworzyć torebkę, szarpią za aparaty. Biały człowiek jest dla nich chodzącym bankomatem. Za dolara możesz sobie zrobić pozowane zdjęcie, za kilka dolarów kupić magnesy, koraliki, muszle, których i tak nie możesz wywieźć z wyspy. Wychodząc na plażę ryzykujesz, że szybko z niej wrócisz do hotelowego basenu, bo grzeczne odmawianie nie przynosi skutku. Jeśli liczysz na spokojne leżenie na plaży, to nie w tej części świata. Hotele zatrudniają nawet ochroniarzy, którzy przepędzają z plaż lokalnych sprzedawców. Raz zaryzykowałam wyjście w morze podczas odpływu, gdy woda sięgała do łydek i była tak ciepła, że nie przyniosła ulgi w upalny dzień. Oczywiście towarzyszyło nam około dziesięć osób. Każda z nich chciała za określoną sumę pokazać muszle lub rozgwiazdy, sprzedać rybę, czy koral. Nas zainteresowały jednak kobiety zajmujące się uprawą wodorostów. W czasie przypływu wbijają w piasek paliki i rozciągają linki, do których następnie przyczepia się wodorosty. Kiedy woda ponownie się podniesie, wodorosty mogą dalej rosnąć i nie odpływają z każdym kolejnym odpływem. W ten oto sposób, stworzono „plantacje wodorostów” .

bty
bty

Niestety poza leniwym kilkudniowym pobytem w Dream of Zanzibar, nie miałam okazji zwiedzić ani Stown Town, ani innych zakątków wyspy.

MNIEJ PRZYJEMNE:

Zaprzyjaźniliśmy się z sosem chilli i mocnymi alkoholami. Każdego dnia, właściwie kilka razy dziennie odbywał się rytuał picia whisky po każdym posiłku. Stawaliśmy w kółku i do małych, plastikowych kubeczków nalewano nam trunku. Do lunchy i obiadów dodawaliśmy sosów chilly, aby zapobiec ewentualnym problemom jelitowym. Wszyscy przestrzegaliśmy zasad dotyczących picia napojów gazowanych i zaparzanych wrzątkiem. Jednak jak to w życiu bywa, nie mogliśmy oprzeć się soczystym owocom, które były podawane do lunchu. I być może to one, spowodowały epidemię dolegliwości żołądkowo-jelitowych w naszej grupie. Na szczęście mieliśmy ze sobą stoperan i węgiel spożywczy. Natomiast nie udało się zapobiec zapaleniu spojówek wywołanemu pyłem, który unosił się w powietrzu podczas jazdy na safari. Kilku panów ( o dziwo żadna z pań) musiało zmagać się z zaczerwieniem oczu przez kilka dni. Jest to dość częste zjawisko, więc nie mieliśmy problemu z zakupem odpowiednich kropli. Opuszczając park, przewodnik zatrzymał się w małej miejscowości i w aptece, w której bez przesady mogę powiedzieć było ( tylko ) 20 opakowań różnych leków rozstawionych na kilku regałach, bez problemu dostaliśmy remedium na zapuchnięte powieki. O ile z jedzeniem można i należy uważać, o tyle z pyłem byliśmy bez szans. Innym problemem, z którym walczyliśmy bezskutecznie były moskity i muchy tse-tse. Spędzając dnie na safari w oczywisty sposób wchodziliśmy w ich naturalne środowisko. Uzbrojeni jednak w repelenty ( rekomenduję Mugga) kilka razy dziennie spryskiwaliśmy swoje ciała, a nawet włosy. Spray Mugga był widocznie skuteczny, gdyż nie zostałam pogryziona podczas dwóch tygodni, ale wyrządził krzywdę mojej odzieży odbarwiając ją. Panie muszą się też pogodzić, że rozsmarowując płyn na ciele, stracą z paznokci lakier.

CO KUPIĆ I GDZIE:

To trudna podpowiedź, bo w centrum lokalnej sztuki ( galerie budowane przy turystycznych szlakach), w stojących przy drogach budach, firmowych sklepikach, czy u tak zwanych lokalnych artystów spotkamy te same przedmioty. Większa część z nich jest produkowana w zakładach w Dar es Salaam lub pochodzi z innych państw i trudno mówić o oryginalnych i unikatowych egzemplarzach wyprodukowanych przez lokalnych mieszkańców. Mając świadomość masowej produkcji i tak kupiłam kilka pamiątek. Lokalni zarobili! Podpowiem w jaki sposób można kupić „coś”, co będzie miało charakter folklorystycznego dzieła. W drodze powrotnej z jednego z parków, zatrzymaliśmy się przy placu z kilkoma sklepami. Przewodnicy zapewne mają ustalone postoje i w zamian za przywożenie turystów otrzymują jakąś gratyfikację. Rozglądając się po okolicy, zauważyłam siedzących za drewnianym sklepem dwóch mężczyzn malujących na płótnie obrazki, które następnie sprzedawane były na froncie sklepu . Były to sztampowe wyobrażenia Masajskich kobiet niosących dzbany z wodą na głowie, czy mężczyzn z dzidami. Zapewne „produkowali” te obrazki masowo, zmieniając jedynie kolorystykę. Pomyślałam, skoro ci panowie je malują, to można mówić o jakimś indywidulnym pierwiastku w każdym z tych obrazków. Było to dobre usprawiedliwienie, aby kupić taki souvenir za 25 dolarów. Nie wiem, czy przepłaciłam. Mam przyjemną pamiątkę, a pan zarobił na jeszcze trzech innych klientach, których do niego przyprowadziłam. Pamiętam tę wysuszoną od słońca i pociętą bruzdami twarz, oraz sandały z gumy po oponach…..

MASAJOWIE

Przy głównych drogach z Arushy do parków narodowych można natknąć się co jakiś czas na tradycyjne osady Masajów. Widać wyraźną różnicę między osadami mieszkalnymi, a tymi powstałymi dla celów zarobkowych. Masajowie już dawno nauczyli się, że na turystach można zarobić lepiej niż na hodowli bydła. Masajowie są ludem pasterskim, a rolnictwo w ich kulturze było pogardzanym zajęciem. Owszem, pozostając w niektórych regionach nieco dłużej, kobiety trudniły się drobnymi pracami rolnymi, jednak szanujący się Masaj nie schylał karku. Rząd Tanzanii próbował osiedlić Masajów i zmusić ich do stabilizacji, poprzez ograniczenie wypasu bydła na terenach parków i rezerwatów. Ze względu na malejącą populację dzikich zwierząt, wprowadzono zakaz polowań na dzikie koty lub żyrafy przez młodych chłopców przechodzących inicjację i stających się wojownikami. Te wszystkie ograniczenia uderzające w tradycyjne normy społeczne Masajów miały ich skłonić do przyjęcia nowoczesnego stylu życia i uniknięcia konfliktów jakie wybuchały po wprowadzanych w życie zakazach. Masajowie jako najbarwniejsza grupa i najdłużej zachowująca swoją kulturę stali się „ulubieńcami” podróżników. Łatwy zarobek spowodował, że w turystycznych regionach pojawiły się wioski, w których odbywają się pokazy tradycyjnych tańców, serwuje się jedzenie oraz sprzedaje biżuterię z koralików. Większość turystów nie ma pojęcia, że niektóre z tańców są „wymyślone” na potrzeby klienta, a część oryginalnych potraw i napojów, chociażby mleko zmieszane z bydlęcą krwią nie przeszło by przez delikatne gardło białasa, stąd serwuje się potrawy przejęte z kuchni plemion pochodzących głównie z ludu Bantu. Nie można mieć za złe Masajom skomercjalizowanie ich własnej kultury, skoro ogranicza się im dostęp do pastwisk , a tym samym do prowadzenia tradycyjnego trybu życia. To rodzi konflikty także z białymi, gdyż Masajowie obwiniają turystów o znaczący wpływ na zmianę życia Afrykanów. Rządy wszystkich państw afrykańskich czerpią ogromne zyski z turystyki, co nie przekłada się na wzrost stopy życiowej przeciętnego mieszkańca. Wręcz przeciwnie, zmuszeni do opuszczenia swoich siedlisk z powodu poszerzania parków i rezerwatów, lokalni mieszkańcy często nie dostają żadnego zadośćuczynienia. Są przekonani, że to turyści są największą przyczyną ich nieszczęść. Kilkakrotnie zdarzyło się nam widzieć idących wzdłuż drogi Masajów, którzy na widok nadjeżdżających terenówek, kojarzonych z biznesem turystycznym, pluli na samochody, a raz obrzucono wóz kamieniami. Nie należy się natomiast obawiać młodych chłopców ubranych na czarno, z pomalowanymi na biało twarzami. Przechodzą oni kilkumiesięczny okres inicjacji, by stać się mężczyzną. Nastoletni chłopcy zostają obrzezani, po czym przez 8 miesięcy żyją poza wioską, w nie ogrodzonych płotem z gałęzi akacji domach. Jest to okres, kiedy stając się wojownikami muszą udowodnić męstwo na przykład zabijając podkradające się do wioski drapieżniki. W tym czasie noszą ciemne ubrania, demonstrują swoją dojrzałość wymachując dzidami, czy drewnianymi laskami, strasząc przejeżdżających w samochodach ludzi.

Skontaktuj się ze mną