JAPONIA

TOKYO

Zaczynam od nowoczesnych dzielnic, a nie centrum historycznego miasta, gdyż tak właśnie kojarzy mi się stolica Japonii. Spacerkiem dotarliśmy do dzielnicy Shinjuku. Wieżowce nie są może tam tak imponujące jak w HK czy Singapurze, ale zachwycił nas Cocoon Tower.  Samo zwiedzanie Tokio to temat na osobny artykuł. Co zobaczyć? Wybierając się w tak daleką podróż chciałoby się zwiedzić wszystko, co tylko się da. Punkty „obowiązkowe”, jak Luwr w Paryżu, to świątynia Meiji, targ rybny, dzielnica Asakusa wraz z tradycyjnym budownictwem i świątynią Senso-ji. Ciekawym miejscem jest Harajuku, dzielnica mody, w której nie tylko swoje butki mają popularne sklepy, ale także można spotkać ludzi ubranych niczym postaci z japońskich kreskówek. Akihabara to z kolei dzielnica, w której rozkochają się miłośnicy elektroniki. Znajdują się tu między innymi liczne lokale z grami, w tym popularnym w Japonii Pachinko. To, co wybierzemy, zależy już od naszych upodobań. Planując zwiedzanie, należy pamiętać o pogodzie. Do Tokio najlepiej przyjechać wiosną lub jesienią, kiedy temperatury są umiarkowane – ok 10-20 stopni. Pogoda jest tu zmienna, to także należy uwzględnić, przy planowaniu zwiedzania.

Warto zajrzeć do świątyni Sensō-ji w dzielnicy Asakusa. Jest to najczęściej odwiedzana przez turystów świątynia w Tokio, jeśli nie w całej Japonii. I chociaż z tego względu odwiedziny w niej mogą okazać się nieco uciążliwe, bo przez teren świątyni codziennie przelewają się ogromne tłumy ludzi (chociaż gdzie w Tokio nie przelewają się tłumy ludzi?!), to mimo wszystko warto się tam wybrać. Jest to sztandarowy przykład japońskiej buddyjskiej architektury sakralnej. Przykład wymuskany i – chociaż jest to najstarsza świątynia w Tokio – lśniący od nieustannie odświeżanej czerwonej farby. Przykład z pogranicza piękna i  kiczu, bo Sensō-ji, to taka trochę japońska Częstochowa. Ale warto ją odwiedzić, choćby po to, by móc ją później porównać z mniej ozdobnymi (aczkolwiek robiącymi ogromne wrażenie) świątyniami Kioto, Nary, Osaki, czy mniejszymi świątyniami gdzieś na prowincji. Poza tym dzielnica Asakusa, oprócz Sensō-ji, ma do zaoferowania jeszcze kilka smaczków.

FUJI JAMA

Serio, podejście na górę nie było trudne, w niektórych momentach owszem były jakieś łańcuchy (nam okazały się niepotrzebne), ale na innych odcinkach szlak był wręcz wybetonowany, z ukształtowanymi stopniami. Prawdę powiedziawszy, pewnie pokonalibyśmy go ok. 1/3 szybciej, gdyby nie stadka Japończyków (owe organizowane wycieczki z przewodnikiem), co wchodziły na górę gęsiego, zatrzymując się na wyższych partiach co 5 minut, tworząc gęste kolejki (jak za cukrem w latach 80tych albo za biletami na kolejkę na Kasprowy w latach 90tych), a co pół godziny (serio!!!) rozbijając małe obozowiska. Na postojach mieli popasy w stylu „na trzy, cztery…” wszyscy jemy i idziemy do kibelka (tyle japońskiego zrozumiałam). Wlekli się oni niesamowicie wolno! Może to było nieco niegrzeczne (na pewno uznali to za niegrzeczne), ale nie byliśmy w stanie stać tam razem z nimi, posuwając się, jak przysłowiowy świętokrzyski pielgrzym – o dwa ziarna piasku do przodu – i w końcu  zaczęliśmy ich wymijać. To, że szli tak wolno, przestaje się jednak wydawać dziwne, jeśli się popatrzy, co oni mieli na sobie…